Hipstersko outdoorowy plecaczek od Survival Kettle


 Dziś na tapetę bierzemy nieodłączny atrybut każdego pochłaniacza sojowej latte i nieustraszonego łowcy bezglutenowych pierożków. Coś, co wespół z gołymi kostkami, przykrótkimi rurkami stworzyło wizerunek, a raczej „look” przemierzających otchłanie praskich knajp, młodzieniaszków w wieku co najmniej średnim.


Opisywany plecak w całej swej pięknej okazałości.


Tak, z pewnością wiecie o czym mówię. To oczywiście jednokomorowy plecak w typie „ultralajt”. Taki prosty, zaszyty z jednej strony rękaw, z systemem nośnym wykonanym z dwóch kawałków „stylonowej” linki . Zatem nasz plecaczek to klasyczna konstrukcja, noszona od dawna na świecie przez pokolenia hipsterów, a wcześniej, przez ich dziadków – hipisów. Klasyczna a zarazem prosta i genialna w swej prostocie. Ot , worek z wszytymi dwoma trokami i tunelem na te właśnie troki, będące jednocześnie szelkami i systemem nośnym całości. Każdy jest przewleczony przez tunel wszyty u wylotu worka a końcami wszyty jest w podstawę, co umożliwia otwieranie i zamykanie worka a jednocześnie przenoszenie tegoż jak plecaka (podobne konstrukcje stosują znane i szanowane na całym świecie firmy mające na przykład białą łyżwę lub skaczącego dużego kota w logotypie).


Prostota i jakość wykonania to bardzo mocna strona tego produktu.
Tu niestety ciut już przybrudzony. Noszenie węgla do sziszy luzem nie jest jednak dobrym pomysłem.

Żadnej tam nowoczesności dla lamerów. Zero jakiejkolwiek innowacji w postaci klamer, potrójnego suwaka czy wodo odporności w metrach słupa wody. Wzmocnienie na spodzie – w żadnym wypadku! Pas piersiowy ? A po co ? Żeby nam szaliczek potargał ?
A może pas biodrowy ? Wykluczone. Przecież słuchawki od ajfona się weń zaplączą. Ale wróćmy do meritum.


Sitodrukowy logotyp „Survival Kettle”
(trochę mi się ostrość rozjechała, ale okazało się że wylanie sojowej latte ajfona źle wpływa na jego optykę).

Worek naszego plecaka to znany i lubiany przez niemal wszystkich nylon (u mnie akurat w pięknym, zielonym „non – camo”   kolorze)  na którym naniesiono sitodrukiem stylowe logo firmy Darka – Survival Kettle ( logotyp jest biały, co doskonale komponuje się z połyskującą zielenią plecaczka). Sam nadruk to solidna robota – targam ten plecak od niemal trzech lat i logo cały czas jest białe, czytelne i wygląda na to, że ten stan rzeczy utrzyma się jeszcze dość długo. Komora główna jest ładnie i równo przeszyta, a na dole zaoczkowana ( co ładnie widać na foto).


Fest oczko i recyclingowy sznurek. Czyżby to produkt eko?;)


Wymiary plecaczka (podane w zaokrągleniu ) to: 40 cm wysokości i 15 średnicy, co nam daje około 7 litrów pojemności. W sam raz do codziennego użytku (pomieści smartfona, pomadkę do ust, szaliczek od mamy i wejściówkę do „starbaksa”). Więcej wpakować się da, ale nie wypada, ponieważ całość straci swój idealny kształt.


Nasz cichy bohater na plecach rosłego męża.

Darek – właściciel”Survival Kettle” – razem z plecakiem dostarczył mi całkiem fajny gadżet . Duży, zielony czajnik do gotowania wody.



Patent znany i powszechnie lubiany. Na „zgniłym, imperialistycznym zachodzie” ten typ urządzeń do gotowania (czajniki, szybkowary i bimbrownie) nazywa się „Vulcan”. A to dlatego że z poprawnie opalanego czajnika walą jęzory ognia jak z Wezuwiusza. Zasada działania tegoż gadżetu jest wielce prosta: mamy palenisko i nadstawkę, która tak naprawdę jest sercem całości. Nadstawka to zwykły czajnik, przez którego środek poprowadzono „komin” pełniący funkcję komory spalania i jednocześnie „wymiennika ciepła”. Co nam to daje ? Daje nam to tyle, że powierzchnia którą ciepło jest odbierane przez wodę jest dużo większa niż w czajnikach o klasycznej konstrukcji, a to z kolei przekłada się na szybkość z jaką woda zostaje doprowadzona do wrzenia.

Widoczne wnętrze czajnika,pełniące jednocześnie funkcję przewodu „kominowego”.
„Schodkowana” powierzchnia zwiększa powierzchnię którą ciepło jest oddawane cieczy wewnątrz czajnika.

Całość jest wykonana z amelinium, zwanego u nas „glinem”.  I tu coś „meega” jak mawia moja córka. Daro udowodnił, że amelinium da się pomalować nie tylko „farbom amelinowom” (https://www.youtube.com/watch?v=t8lnCA8PHJM ) mój czajnik jest w kolorze zgniłozielonym i nie wiem co to za farba, ale za cholerę nie odpada nawet wielokrotnie szorowana, obijana i przypalana. Na jednym ze zlotów po czajniku właściciela TigerWooda przejechała terenówka. Czajnik szlag trafił, ale farba się dalej trzymała.
Sugerowałem nawet Darkowi żeby te Jego czajniki z samej farby robić (byłyby nie do zaje…chania), ale jakieś problemy z procesem technologicznym ponoć są. 😉

Konstrukcja czajnika jest zagniatana i zachowuje wzorową szczelność. Do ściany czajnika są przymocowane (staroświecko i porządnie – nitami) dwa obszyte skórą pałąki, dzięki którym można uchwycić „kettla” z wrzątkiem wewnątrz i spokojnie wlać wodę do kubka czy też butelki, bez obawy o poparzenie siebie czy kogoś z otoczenia. Tu ukłon w stronę twórcy SK za to, że w kwestii uchwytu „nie poleciał mainstreamem” jak Kelly Kettle, które w swoich wyrobach stosuje jakieś dziwne rozwiązania z łańcuszkami, które z ergonomią mają tyle samo wspólnego co „kałach”.

Solidnie nitowane uchwyty są obszyte skórą, co umożliwia wygodne i pewne używanie całości

„Dziubek” Sk ma średnicę taką samą jak „zwykłe” domowe czajniki (37 mm) i umożliwia stosowanie klasycznego gwizdka z tychże czajników. Mnie w zupełności starcza firmowa, umocowana długim rzemieniem pokrywa, ale są tacy którzy lubią jak im coś przed śniadaniem gwiżdże.

Na czajnik możemy założyć zwykły,37 milimetrowy gwizdek, zajumany z domowego czajnika.


No dobra, ale co z paleniskiem. 
Palenisko to jeden kawałek amelinium, wykonany przez wyoblanie. Wykonany estetycznie, równo i bez żadnych falban wokół otworu na opał wybitego w ściance. 
Moje wątpliwości wzbudziła grubość ścianki paleniska – około 0.8 mm. W końcu jak na palenisko to dość cienka sprawa. W dodatku amelinium.


Mająca 0.8 mm grubości ścianka paleniska nie budzi zaufania, ale jednak działa.

Wielofunkcyjne palenisko naszej zabawki.

Jednakowoż fizyka pokazała że takie rozwiązanie się sprawdza. Dlaczego? Już tłumaczę. Po kilkukrotnym użyciu, na ścianach i dnie kuchenki (a także w kominie czajnika) osadza się warstwa sadzy, która jak wiadomo jest doskonałym izolatorem. Zatem w jakimś stopniu chroni palenisko przed przegrzaniem. Mówimy tu oczywiście o zwykłym użytkowaniu „kettla”. Jednakże sadza osadzająca się w kominie obniża wydajność czajnika (pamiętajmy o własnościach izolacyjnych sadzy). Antidotum na tę przywarę systemu, to przetarcie wiechciem raz na jakiś czas kanału komina.

Skoro przy palenisku jesteśmy to warto wspomnieć o jednej rzeczy związanej z bezpieczeństwem. Podłoże od ognia dzieli tylko 0.8 mm aluminium, zatem trzeba pamiętać o odpowiednim wyborze miejsca na którym spocznie czajnik, więc:
1. Nie może to być palisandrowy blat w salonie cioci Jadzi, bo szlag go trafi tam gdzie postawimy czajnik. W blacie zostanie po prostu ładnie wypalony okrągły ślad po palenisku.
2. Nie powinna być to sucha jak wiór ściółka w lesie, ponieważ zanim woda nam się zagotuje będziemy mieć płonącą wokół kuchenki ściółkę. I nie pomoże późniejsze tłumaczenie leśniczemu że „przecież my tylko kawkę…”.
3. Nie stawiamy czajnika w błocie. Nisko położony otwór na opał aż się prosi żeby wpłynęła nim woda. 
4. Całości nie stawiamy na śniegu. Śnieg spod paleniska się wytopi, a czajnik z litrem wody pierdyknie w losowo wybranym kierunku. I tyle z herbatki. 

Czym w tym można napalić ? Wszystkim co się pali. Rzecz jasna bardziej chodzi o szyszki, korę i jakieś badyle niż stare gumowce, taktyczną wersalkę lub papę znalezioną na polanie (sprawdziłem: działa dobrze, ale nikt nie chce mieć na głowie „grinpisowców”, więc gumowce, ceraty, wersalki czy paliwo uranowe sobie darujemy). Modne w środowisku bushcraftowym płatki bawełniane nasączone stearyną, woskiem lub inną parafiną też się nadadzą. Ten czajnik jest tak „mega”, że na 3-4 sztukach takich płatków, litr gotuje się w jakieś 3 minuty. Trzeba tylko uważać, bo z komina robi się kopciuch straszliwy. No i warto wiedzieć jeszcze o jednym.
Przy użyciu takich rzeczy jak bawełna nasączona parafiną, kora brzozowa, kora jałowca czy smolniaki, łatwo jest przedobrzyć z paliwem. Opał się „gazyfikuje” (to oczywiście skrót myślowy) a zapłon gorących gazów następuje poza kominem, skutkiem czego mamy wysoko buchający płomień, który może nam podpalić krzaczory nad  vulcanem. Pierwszy raz byłem świadkiem czegoś takiego w czasie jednego ze zlotów Bushcraft Poland, kiedy to Survival Kettle serwował wszystkim chętnym gorące napitki. Później celowo doprowadzałem do takiego stanu w celach, nazwijmy to „badawczych”, aby sprawdzić jak wysoki płomień da się uzyskać. Rekordowy miał wysokość około 120 cm !! No ale nikt nie będzie pchał do tego pół kilo kory żeby zagotować litr wody.

Po rozpaleniu – co zasadniczo stopniem trudności nie odbiega od rozpalenia niewielkiego ogniska – opał można dorzucać górą lub bocznym otworem. Ja preferuję to pierwsze rozwiązanie ryzykując oparzenie dłoni. Daje się całkiem sensownie dokładać bokiem, ale jakoś przyzwyczaiłem się do dokładania górą. Łatwiej mi wrzucić dwie – trzy szyszki górą niż wpychać patyki dołem. Obsługa tego turystycznego samowaru nikogo zatem nie powinna przerosnąć.
Do czajnika są dostępne akcesoria umożliwiające przerobienie go na kuchenkę i/lub podgrzewacz. Są to: nadstawka na palenisko, dzięki której uzyskujemy prostą kuchenkę, ruszt kominowy na czajnik – umożliwia podgrzanie naczynia na kominie czajnika, oraz ruszt i płyta nakładane na kuchenkę. Akcesoriów nie będę opisywał ponieważ nigdy ich nie miałem nawet w ręku, nie mówiąc już o jakimś szerszym użytkowaniu.
Ja natomiast, wyjeżdżając gdzieś na camping, biorę ze sobą płytkę marmurową (to chyba kawałek cienkiego parapetu) która robi za podstawę i umożliwia gotowanie na stole.

Ruszt oraz płyta nakładane na palenisko
Nakładka „hobo stove”na palenisko
Ruszt kominowy. Wkładamy ten „dynks”w komin i możemy podgrzewać żarełko w czasie gotowania wody.



  Kto jest odbiorcą tego wynalazku ? 
Z racji gabarytów, nie jest to wynalazek do zabierania na samotne piesze wycieczki. Na piesze wycieczki we dwójkę również nie. Może w kilka osób, kiedy dzielimy się targaniem ekwipunku się sprawdzi.
Kapitalny jest na wszelkiej maści wojaże, gdzie mamy jakiś środek transportu. Pod namiot, na żagle czy na spływ. Na kilkudniowe wypady do lasu również się sprawdza. Warto poświęcić trochę niewygody przy targaniu go na miejsce biwakowania po to, aby później nie tracić czasu na rozpalanie ogniska pod czajnikiem. 
Zimą, jeśli wybierasz się ze znajomkami na kulig –  Survival Kettle również jest dobrym wyborem. 
Jeśli będziesz użytkować „kettla” z głową, z pełnią świadomości jego ograniczeń, wad oraz zalet (tych ostatnich moim zdaniem ma więcej), okaże się że jest to całkiem przydatne narzędzie biwakowe, z którego korzysta się w czasie wszystkich czterech pór roku.
Oczywiście można go zastąpić ultralajtową kuchenką i kartuszami, ale po co? Moim zdaniem to już nie to samo. Zatracamy wtedy to, czego spora część z nas szuka w lesie.  

Przygotowanie napitku w naszym tymczasowym biurze. Ogień buchający z komina znamionuje nadmiar szybko spalającego się opału.


Napitek ze świeżej kocimiętki i młodego, dzikiego rabarbaru.
Pyszności.




   A na koniec kilka słów o twórcy SK, Jego własnymi słowami:„Dariusz Wójcik (rok produkcji 1975) – artysta rysownik, od 16 lat z benedyktyńską cierpliwością, rzeźbiący w internetowej bryle świata. Na co dzień prowadzący firmę z branży IT.

Łącząc wodę z ogniem, zarówno w sferze technicznej kuchenek, jak i psychicznej, domowego lenistwa i wewnętrznego łazika. Wyrąbałem sobie, kawałek survivalowego lasu i radośnie moszcząc się po środku, spraszam na tą polanę równie trudne osobowości.

Ratując się przed kryzysem wieku średniego uciekłem przed nim w leśne ostępy, umilając wyprawowe chwile gitarą, ciepłą strawą i dobrym towarzystwem.
Nie prowadzę aktywności, która nie byłaby dostępna dla każdego chętnego ruszyć się zza biurka, stąd swojego rodzaju misja jaka tkwi w produktach Survival Kettle, nie kupuje się samej kuchenki, nabywa się bowiem pewien styl życia w którym pod pretekstem przygotowania posiłku musimy na chwilę przystanąć nie tylko w sensie fizycznym. Kilka/kilkanaście minut wokół kuchenki to czas w którym obcujemy z przyrodą, mamy czas by porozmawiać z biesiadnikami (dziećmi, żonami, przyjaciółmi). Archetypowe znaczenie rozpalanego ognia buduję wspólnotę, nie tylko w naszej grupie, ale i pośród tych którzy przyciągnięci nietypowym rozwiązaniem, dziwując się znoszą nam patyki do rozpalenia, w ramach za edukację i kubek czegoś ciepłego.

Nagrodą są również chwilę w których 8 letni syn, wychodząc rano z namiotu i spoglądając na ciągnącą się wielokilometrową, rozciągającą się przed nim panoramę mówi: Tato… jak w grze 
Gdy na wigierskim campingu wyłączono prąd tylko z jednego miejsca dumnie unosił zapach ciepłej strawy, można zatem poczuć się jak mężczyzna który ocalił rodzinę od niechybnej śmierci głodowej.”

Zdjęcia własne oraz pożyczone ze strony
https://survival-kettle.pl/

4 thoughts on “Hipstersko outdoorowy plecaczek od Survival Kettle

  1. Myślię że przy tak częstym użytkowaniu jak przeciętny posiadacz go użytkuje, fakt iż jest wykonany z „amelinium” możemy pominąć. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 + nine =